Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sposoby na walkę z długiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sposoby na walkę z długiem. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 października 2009

Spłacać dług czy inwestować? cz.1


Inwestować czy eliminować zadłużenie? Jest to jeden z najczęstszych i wbrew pozorom wcale nie łatwych problemów przed, którym staje każdy kto uporządkował swoje finanse domowe na tyle, że jest w stanie regularnie osiągać nadwyżki finansowe. Oczywiście upraszczając problem do prostej arytmetyki, możemy, po prostu porównać oprocentowanie długu ze spodziewanym zwrotem z inwestycji i na tej podstawie podjąć decyzję. Sprawa wydaje się być prosta, jeżeli oprocentowanie kredytu, który spłacamy wynosi powiedzmy 8% w skali roku, a na oku mamy inwestycję, na której spodziewamy się zarobić 20% to wydaje się, że powinniśmy zainwestować. Gdyby to oprocentowanie było wyższe od spodziewanego zwrotu z inwestycji to powinniśmy spłacać dług. Tyle miłej teorii, bo życie jak to życie, nie zawsze daje się zamknąć w sztywne ramy matematyki.
Pierwszy problem jaki pojawia się na horyzoncie to ryzyko! Pewne jest tylko ile kosztuje nas dług, zwrot z inwestycji najczęściej jest niepewny! Konia z rzędem temu, kto zgadnie ile zarobię i czy w ogóle zarobię w przyszłym roku na inwestycjach. Pewne jest tylko ile zapłacę odsetek mojemu bankowi za udzielone mi kredyty. Oczywiście mogę zapłacić trochę więcej, albo mniej, bo to zależy od WIBORu, niemniej jednak mogę spokojnie to oszacować. Czyli każdy kto mówi nam, że w tego typu decyzjach należałoby porównać koszty obsługi długu ze spodziewanymi zwrotami z inwestycji ma rację, ale tylko teoretycznie!:)

W praktyce porównujemy wróbla, którego mamy w garści, z pięknym ptakiem siedzącym wciąż na dachu. Może go złapiemy, a może nie! Boleśnie przekonało się o tym wielu Polaków, którym kilka lat temu sprzedawcy produktów finansowych nazywający sami siebie doradcami finansowymi, doradzali zakup nieruchomości w 100% finansowanych kredytem hipotecznym, a za wolne środki kupowanie jednostek funduszy inwestycyjnych. Wyglądało to tak, że do "doradcy" przychodził człowiek posiadający 50tys zł na wkład własny i ofertą zakupu mieszkania za 250 tyz zł. Co ów człowiek usłyszał od naszego "doradcy"? Ano to, że giełda rośnie tak bardzo, że nie ma sensu zamrażać własnych pieniędzy w mieszkaniu, lepiej wziąć kredyt na 250 tys, a nie tylko na 200 tys, a za swoje pieniążki kupić jednostki funduszy inwestycyjnych. Po czasie te 50 tys zł z łatwością samo pomnoży się do wielkich kwot. Czyli za 5-10-15 lat okaże się, że de facto, mieszkamy za darmo! Cudowna perspektywa! Jak to się skończyło każdy wie. Dziś mieszkanie kupione za 250 tys jest warte 180 tys, za to zadłużenie denominowane we franku urosło z 250 do 35o tys zł. Na inwestycjach w funduszach ów Kowalski, być może tak dużo nie stracił, o ile nie spanikował w lutym, kiedy jego inwestycja była warta 20-30 tys. Zarobił tylko "doradca"! Zamiast prowizji za kredyt w wysokości 200tys zł, zgarnął prowizję za 300 tys zł (kredyt na 250 + fundusze 50). Jeden zarobił na naiwności drugiego i życie toczy się dalej.

Jak z tego płynie lekcja dla nas przeciętnych szaraczków:)? Po pierwsze, nie wierzmy nikomu kto "doradzając" nam, nie czerpie zysków tylko i wyłącznie za efektywność swoich porad, a zarabia raczej prowizję za to, że nam coś wciśnie. Po drugie nie porównujmy rzeczy pewnych z niepewnymi! To, że na papierze da się zarobić to jedno, a to, że w życiu mozliwe są różne scenariusze to drugie. Nie zawsze wszystko idzie tak jak byśmy sobie tego życzyli! W życiu, w miłości i w finansach:)

Co w takim razie zrobić z naszą nadwyżką finansową? Spłacać długi, czy inwestować?!
Moim zdaniem, po pierwsze spłacać zły dług! Jeżeli mamy 5000zł zadłuzenia na kartach kredytowych, to na miłość boską, nie pakujmy się z naszymi pieniędzmi w jakiekolwiek inwestycje. Zainwestujmy w nasz własny dług! Nie ma, powtarzam, nie ma, lepszej inwestycji od pozbycia się złego długu! Żadne złoto, diamenty, wino, obrazy, czy akcje nie przebiją gwarantowanych 20% w skali roku! Nikt nie zagwarantuje nam podobnych zwrotów! A jeżeli ktoś nam coś takiego obiecuje, to od razu wyrzućmy go za drzwi!:). Nie róbmy głupot zakładając lokaty w banku na 5% w skali roku, jednocześnie płacąc temu samemu bankowi 20% za pożyczkę gotówkową! Bank pożycza nam swoje pieniądze na 20%, a my mu swoje na 5%. Mało inteligentne, nieprawdaż?
W przypadku złego długu sprawa jest jasna, spłacamy go, zanim zaczniemy inwestować.
Co jednak robić w przypadku dobrego długu? O tym będzie w części 2:) Już wkrótce!

Przeczytaj także:
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Potop - czyli ciąg dalszy walki z zadłużeniem
Ignoruj informacyjny hałas!
Inwestuj tylko w to na czym się znasz!
Sztuka wydawania

czwartek, 22 października 2009

Małymi kroczkami do celu - czyli jak zabrać się za swoje finanse według Dava Ramseya.

Dave Ramsey to jeden z najpopularniejszych tzw. guru finansów osobistych w USA. Ramsey nie lubi długu i przede wszystkim koncentruje się na sposobach walki z zadłużeniem. Jakiś czas temu na blogu pisałem o Kuli Śniegowej Ramseya. Bardzo popularnym w USA i w niektórych przypadkach, polecanym także przeze mnie sposobie na pozbycie się zadłużenia.
Dave Ramsey jest zdecydowanym zwolennikiem behawioralnego podejścia do finansów osobistych.
Często można od niego usłyszeć, że finanse osobiste to nie matematyka i bardzo często do sukcesu nie prowadzi najprostsza/najkrótsza droga. Kluczowe są aspekty psychologiczne. Lepiej osiągnąć drobny sukces psychologiczny, niż podjąć matematycznie słuszną drogę, po to tylko, żeby za chwilę się wypalić. Innymi słowy warto schylić się po złotówkę, choć teoretycznie wiadomo, że przy większej dyscyplinie i sile woli można by było zarobić 50gr więcej. Do mnie osobiście takie podejście bardzo przemawia. Jestem przekonany, że finanse osobiste to psychologia w 99 procentach. Życie wielokrotnie karało moją pychę. Ilekroć byłem przekonany, że będę lepszy, czy silniejszy od większości, zawsze los mnie karał. Stąd moja sympatia do pomysłów Ramseya. Lepiej stawiać sobie mniejsze, mniej optymalne, ale za to bardziej realne cele, niż wielkie, nawet teoretycznie możliwe, lecz trudne do osiągnięcia. W życiu rzadko kiedy przecież, coś wychodzi nam w 100%. Trudno też przez dłuższy czas jechać z nogą na gazie. Tak się po prostu nie da! Prędzej czy później dopadnie nas zmęczenie, wypalenie, zabraknie szczęścia. Lepiej chyba być żółwiem idącym powoli, ale cały czas do celu, niż zającem pędzącym, ale nie dobiegającym do mety! A wy co na ten temat myślicie?
Wracając do Ramseya to wymyślił on 7 kroków "od zera do milionera" chciałoby się rzec, które według niego, każdy z nas powinien podjąć, żeby uporządkować swoje finanse osobiste, pozbyć się długów i w konsekwencji osiągnąć finansową niezależność.

1. Rozpocznij budowanie funduszu bezpieczeństwa - cel na początek to 1000 USD
Ramsey uważa, że reorganizację naszych finansów powinniśmy rozpocząć od uciułania stosunkowo małej kwoty jaką jest 1000 dolarów. W polskich warunkach niech to będzie 2500-4000 złotych. Taki fundusz bezpieczeństwa to niewiele, ale jednak jest to zmiana w naszym nastawieniu/podejściu do finansów osobistych. Żeby nazbierać nawet najmniejszą kwotę musimy wprowadzić w życie zasadę WYDAWAJ MNIEJ NIŻ ZARABIASZ. Z tego chociażby punktu widzenia, nazbieranie nawet dość niewielkiej kwoty jest dla nas znaczącym zwycięstwem psychologicznym. Udowodniamy sobie, że potrafimy, że jednak się da!

2. Spłać cały "zły dług" stosując metodę Kuli Śniegowej
Gdy posiadamy już nasz minimalny fundusz bezpieczeństwa, powinniśmy skierować swoją uwagę na walkę ze
złym długiem. Ramsey poleca swoją Kulę Śniegową. Ja uważam, że jakikolwiek sposób jest dobry, pod warunkiem, że jest komfortowy dla nas i prowadzi do celu. Metod jest wiele, na blogu pisałem na przykład o Płatkach Śniegu i Potopie. Polecam przeczytać:).
Jakakolwiek metodę wybierzemy, ważne jest, żebyśmy pozbyli się złego długu!

3. Dokończ budowanie funduszu bezpieczeństwa - Twój cel to 3-6 miesięcy kosztów życia w oszczędnościach
O korzyściach płynących z posiadania
funduszu bezpieczeństwa pisałem na blogu już wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Napiszę tylko tyle, że rada Ramseya jest w tym wypadku dość standardowa. Większość tzw. ekspertów taką właśnie wielkość doradza.

4. Inwestuj 15% dochodu domowego brutto na emeryturę.
Tutaj trzeba zwrócić uwagę na różnice pomiędzy amerykańskim i polskim systemem emerytalnym i podatkowym. Co innego znaczy brutto w USA, a co innego u nas. Mamy też inne systemy emerytalne, inne zachęty podatkowe, koszty opieki zdrowotnej itd. itd.
W każdym razie warto byłoby się zastanowić dlaczego 15, a nie np. 12, czy 18 procent. Myślę, że Ramsey podaje taką właśnie liczbę, bo jest w okolicach pożądanej stopy oszczędności. Każdy jednak powinien dokonać własnych wyliczeń. Moim zdaniem podawanie takiej czy innej liczby, bez brania pod uwagę indywidualnych uwarunkowań jest błędne. W każdym razie trudno się z Ramseyem nie zgodzić, że powinniśmy inwestować conajmniej 10% swojego dochodu.

5. Zacznij zbierać na studia swoich dzieci
Ramsey uważa, że kiedy mamy już odpowiedniej wielkości fundusz bezpieczeństwa, spłaciliśmy "zły dług", oszczędzamy na własną emeryturę to powinniśmy zacząć myśleć o sfinansowaniu studiów dzieci. Z tym punktem raczej się nie zgadzam! Uważam, że jedynym przypadkiem kiedy jako rodzic wziąłbym pod uwagę sfinansowanie studiów swojego dziecka, byłyby jego nadzwyczajne talenty, wróżące mu ponadprzeciętną karierę naukową w wybranej dyscyplinie, lub też "ciężki" kierunek studiów dający dobre perspektywy zarobkowe w przyszłości. Jeżeli jednak mój syn nie bedzie miał pomysłu na siebie, a studia bedzie chciał potraktować jako sposób na przedłużenie dzieciństwa to sorry Winetou, ale nie za moje pieniądze:). Mozna pracować i studiować.

6. Nadpłacaj kredyt hipoteczny
Punkt logiczny, choć wcale nie pozbawiony kontrowersji. Wielu uważa, że zamiast spłacać kredyt powinno się nadwyżki inwestować. Wiele dobrych argumentów po obu stronach. Temat będzie wkrótce poruszony na blogu:)

7. Bogać się i dziel się z potrzebującymi
Nie mając kredytów, dzieci na utrzymaniu, a z drugiej strony wydając mniej niż zarabiamy, jednocześnie inwestując nadwyżki, nie mamy wyboru. Musimy się bogacić! Oczywiście dzielić bogactwem też powinniśmy. Problem charytatywności niedawno na swoim blogu poruszył Marcin. Polecam przeczytać jego
artykuł.

Jak widać rady Ramseya są dośc standardowe, nie zawsze trzeba sie do nich stosować w 100%, jednak trudno się nie zgodzić co do ogólnego przesłania. Zadbaj o nadwyżki finansowe, spłać długi, zabezpiecz się finansowo, inwestuj. Recepta jest ogólnie znana, różnić możemy się co do szczegółów. Najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, żeby pamiętać, że kiedy znajdziemy się w dołku finansowym, mamy przestać kopać!

Przeczytaj także:
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Przeliczanie długu na raty!
Poziomy bezpieczeństwa finansowego
Trzy rady finansowe dla przyjaciela
Efekt małych procentów

środa, 7 października 2009

Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?

Co jakiś czas słyszę, że ktoś ma kłopoty ze spłatą swojego długu. Faktycznie wiele osób skuszonych ofertami łatwo dostępnych kredytów, zadłużyło się ponad swoje możliwości. Nie chodzi nawet o to, czy daną osobę w ogóle stać na bieżącą obsługę rat kredytowych. Istotniejsze jest czy stać ją emocjonalnie na obsługę długu, w długoterminowym horyzoncie. Już tłumaczę o co mi chodzi. Biorąc kredyt np. na mieszkanie, żyjemy marzeniami. Raczej myślimy o kolorze kanapy jaką kupimy, niż o tym, że rata którą wyliczyła nam przemiła pani w banku to np. 50% naszych zarobków netto. Niestety euforia związana z zakupem i urządzaniem mieszkania szybko mija, a my zostajemy tylko z połową naszej pensji do dyspozycji na wiele lat. Ciągle stać nas na przeżycie, ale już nie na życie, jakie moglibyśmy prowadzić gdyby nie dług. Niestety w momencie brania kredytu koncentrujemy się na rzeczy/marzeniu, które właśnie realizujemy. Cieszymy się z nowego telewizora, samochodu, czy mieszkania. Z kredytem damy radę! Po czasie przychodzi otrzeźwienie i zaczynamy zdawać sobie sprawę, że życie to nie arkusz kalkulacyjny. Przez kilka miesięcy można żyć, nie pozwalając sobie na kino, wyjście ze znajomymi, czy kupienie sobie nowego ubioru. Jednak świadomość, że tak może być przez kolejne 15 lat jest emocjonalnie bardzo trudna! Różni ludzie, różnie na taką sytuację reagują. Jedni wpadają w depresję, inni się rozwodzą. Są tacy, którzy próbują znaleźć rozwiązanie, szukając dodatkowych możliwości zarobku, inni udają, że problemu nie ma i żyją dalej jakby nigdy nic, nadal się zadłużając.
Dług jest dla ludzi, jednak nie możemy przeholować.
To, że bank wyliczy zdolność kredytową, z której wynika, że stać nas na bieżącą obsługę kredytu, oznacza tylko tyle, że w oczach banku posiadamy zdolność do zwrócenia mu tego co pożyczamy. Czy jesteśmy zdolni do życia z tym co nam zostaje? To już nasz problem! Problem z wyobraźnią, lub raczej jej brakiem, nadmiernym optymizmem i słynnym polskim "jakoś to będzie", co sprawia, że wielu z nas znajduje się w sytuacji kiedy stać nas na obsługę długu, ale nie stać już nas na życie z długiem. Smutny paradoks, nieprawdaż? Tylko co zrobić, żeby nie znaleźć się w podobnej sytuacji? Jednym z rozwiązań są zdrowe proporcje stosunku długu do zarobków. Jedni twierdzą, że dług nie powinien przekroczyć 30, a inni, że 50% naszych zarobków. Ja uważam, że jest to kwestia wielce indywidualna. Każdy ma inne wymagania i oczekiwania. To co dla mnie jest wystarczającą kwotą na rozrywkę, dla kogoś innego może być drastycznym ograniczeniem jego wolności. Finanse osobiste, nie znoszą sztywnych ram i wskaźników! Każdy musi rozwiązać swój problem indywidualnie, bo to on będzie żył z kredytem, a nie jego doradca! Dlatego, wszystkim osobom, które planują zaciągnięcie długu, proponuję, żeby spróbowały życia bez kwoty, którą w przyszłości będą przeznaczać na spłatę zadłużenia. Spróbujcie jak smakuje życie bez 1200zł miesięcznie, pożyjcie w ten sposób przez 6-8 miesięcy. Jeżeli uznacie, że tak się da, to jak najbardziej spełniajcie swoje marzenia. Kredyty są dla ludzi:)

Przeczytaj także:
Potop - czyli dalszy ciąg walki z zadłużeniem
Dave Ramsey i jego "Kula Śniegowa"
Dobry dług, zły dług
Milionerzy z sąsiedztwa
Jak inwestować? - radzi John Templeton
Przeliczanie długu na raty
Poziomy bezpieczeństwa finansowego

poniedziałek, 7 września 2009

Karty Kredytowe - Żródło naszych problemów?


Karty kredytowe to kontrowersyjny temat w finansach osobistych. Z jednej strony, jeżeli potrafimy z nich korzystać odpowiedzialnie, mogą przynieść nam sporo korzyści. Z drugiej jednak , dla wielu osób są głównym powodem poważnych tarapatów finansowych.
Nie jest tajemnicą, że plastikowy pieniądz wydaje się łatwiej.
Dostępne są badania, które wskazują na to, że płacąc kartą, przeciętnie wydajemy 12-18% więcej, niż w przypadku gdybyśmy płacili gotówką. Płacąc kartą nie tylko wydamy więcej, ale jest też bardziej prawdopodobne, że kupimy w ogóle. Wirtualne dwadzieścia złotych to zawsze jakoś trochę mniej od dwudziestu złotych, które wyciągamy z kieszeni. Wiedzą o tym doskonale handlowcy, którzy godzą się dzielić swoim zyskiem ze sprzedaży z firmami zajmującymi się obsługą płatności elektronicznych. Oddając kilka procent ze swojej marży, jednocześnie zwiększają sprzedaż. Inna sprawa, że ten koszt jest potem przerzucany na płacących gotówką, bo koszty obsługi płatności kartami są wliczane w ogólny koszt działania sklepu. Efekt, końcowy jest taki, że wszyscy płacimy drożej. Płacący kartami mają z tego tytułu jakieś korzyści, płacący gotówką tylko koszty.

Karty kredytowe dają nam wiele korzyści. Odroczony termin płatności, czyli inaczej mówiąc nieoprocentowany i na dodatek łatwo dostępny kredyt (w postaci okresu bez odsetkowego), niekiedy rabaty pod różnymi postaciami, od tańszych zakupów, przez punkty, po zwrot określonego procentu gotówki. Ułatwienia w zakupach przez internet, przy rezerwacjach hoteli, wypożyczaniu samochodów itd. W razie krótkoterminowych problemów gotówkowych mamy też szybki, aczkolwiek drogi dostęp do gotówki. Niewątpliwa zaleta. Zaletą jest też, że nie musimy nosić przy sobie większej gotówki, która w tym czasie może dla nas pracować na lokacie lub koncie oszczędnościowym. Niekiedy możemy też skorzystać z dodatkowego pakietu ubezpieczeniowego i różnych innych dodatkowych korzyści oferowanych przez nasz bank. W przypadku niektórych kart zyskujemy także prestiż! Dla niektórych to bardzo ważne.

Jak to zwykle w życiu bywa, nie wszystko złoto co się świeci i tak też niestety jest z kartami kredytowymi, które przy wszystkich swoich zaletach mają też sporo wad.
Co najciekawsze ich zalety, w dużym stopniu są ich wadami! Okres bez odsetkowy do świetna rzecz, dopóki spłacamy nasze zobowiązania w 100% każdego miesiąca. Jeżeli tego nie robimy (a nie robimy bardzo często), to nasza karta kredytowa, bardzo szybko przemienia się z najtańszego w w jedno z najdroższych źródeł kredytu dostępnych na rynku. Łatwy, szybki i przyjemny dostęp do gotówki to niewątpliwa korzyść, ale czasami może też być źródłem naszych problemów finansowych. Szybko wydać na zakupy kilka tysięcy złotych potrafi każdy. Spłaca się bardzo ciężko! Noszenie w portfelu kilku, kilkunastu tysięcy "plastikowych złotych" zdecydowanie obniża naszą samokontrolę na zakupach. Na to liczą tak ochoczo dzielący się swoją marżą handlowcy, wraz z tak chętnie dającymi nam karty bankierami. Ci pierwsi liczą, że będziemy kupować więcej, częściej i mniej się nad sensem zakupów zastanawiać. Ci drudzy mają nadzieję, że będziemy spłacać tylko minimalne wymagane kwoty, że czasami o kilka dni "zaśpimy" ze spłatą i będzie nam można wysłać ponaglenie za 30zł i dowalić odsetki karne. Jedni i drudzy są zadowoleni, bo większość z nas korzysta z kart kredytowych w sposób pozwalający im na dodatkowe zarobki. Statystyki nie kłamią!

Kartę kredytową porównałbym do niebezpiecznego narzędzia. Jeżeli potrafimy ją używać będzie dla nas bardzo użyteczna. Jeżeli nie potrafimy, to możemy sobie zrobić krzywdę!
Niestety, przy wszystkich swoich zaletach, karty kredytowe są produktem dobrym tylko dla osób finansowo zdyscyplinowanych! Większość powinna się od nich trzymać z daleka.

Przeczytaj także:
Dobry dług, zły dług
Dave Ramsey i jego "Kula Śniegowa"
Płatki Śniegu - czyli jak pozbyć się długu małymi krokami!
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Co wiedzą o nas markety spożywcze?
Nie możesz mieć wszystkiego naraz!

środa, 2 września 2009

Potop - czyli dalszy ciąg walki z zadłużeniem


Dzisiejszą notkę poświęcę kolejnej po Kuli Śniegowej Ramseya i Płatkom Śniegu metodzie na spłatę zadłużenia. Metodą tą jest Potop (z ang. Debt Deluge). Jest ona wynikiem próby odnalezienia złotego środka pomiędzy psychologicznymi zaletami "Kuli Śniegowej" i podejściem stricte matematycznym.

Na początek, kilka słów o matematycznym podejściu do spłaty długu. W metodzie tej ignorujemy całkowicie psychologiczne aspekty. Nasz dług eliminujemy od najwyżej do najniżej oprocentowanego. Jest to oczywiście najbardziej logiczne podejście. I trudno odmówić jego zwolennikom racji. Jednak jak to w życiu bywa, tam gdzie do czynienia mamy z zachowaniem ludzkim, nie możemy brać pod uwagę tylko suchych liczb. Spójrzmy na naszą ulubioną tabelkę:)



Ramsey mówi spłacaj lodówkę, dzięki temu szybko pozbędziesz się jednego ze swoich kredytów i w ten sposób odniesiesz emocjonalne zwycięstwo w walce z długiem. "Matematycy" ignorują psychologię i wskazują na kredyt gotówkowy jako najwyżej oprocentowany.
Jak już wcześniej pisałem sam raczej skłaniam się w stronę podejścia Ramseya, choć nie mogę odmówić racji obozowi "matematyków". W podanym wyżej przypadku, zdecydowanie spłacałbym długi metodą Kuli Śniegowej. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że w życiu są różne sytuacje. Czasami podejście matematyczne jest po prostu lepsze. Wyobraźmy sobie następującą sytuację:



Tutaj znowu nasze kredyty są pogrupowane zgodnie z zasadą Kuli Śniegowej, czyli od najmniejszego do największego. Tylko czy w tym przypadku podejście Ramseya ma sens?
Raczej nie, ponieważ zanim uda nam się "dokopać" do linii kredytowej, może upłynąć naprawdę dużo czasu. Przed nami w kolejce są kredyty na łączną kwotę 20.100zł. W tym wypadku najdroższy kredyt jest też największy kwotowo. Jego oprocentowanie jest też znacznie większe od pozostałych. Tutaj na pewno powinno się porzucić "Kulę Śniegową". Po prostu odłożenie w czasie spłaty tak wysoko oprocentowanego kredytu, na dodatek, zaciągniętego na dużą kwotę, byłoby dla nas bardzo kosztowne.
Koszty ekonomiczne byłyby większe niż emocjonalne korzyści. Pytanie, czy dałoby się jakoś połączyć korzyści psychologiczne i twardy rachunek ekonomiczny?
Próbą takiego połączenia jest Debt deluge, czyli
Potop.
Metoda ta początkowo zakłada szybkie pozbycie się drobnych pozycji ze swojego zadłużenia, a potem przejście do spłaty większych kredytów w kolejności od najwyżej do najniżej oprocentowanego. Na początek więc ponosimy drobny koszt ekonomiczny aby uzyskać szybkie zwycięstwo emocjonalne. Tam jednak gdzie jest to ważne, przy dużym i wysoko-oprocentowanym długu przechodzimy do metody matematycznej.
Zwolennicy tej metody uważają, że dzięki połączeniu aspektów ekonomicznych z psychologicznymi, metoda ta jest bardzo rozsądnym sposobem na pozbycie się długów. Z jednej strony nie ponosimy dużych kosztów, możliwych w metodzie Kuli Śniegowej, z drugiej strony przynajmniej na początku odnosimy małe zwycięstwa w postaci skreślenia drobnych pozycji z naszej listy zadłużenia. A co wy sądzicie?

Przeczytaj także:
Dave Ramsey i jego "Kula Śniegowa"
Płatki Śniegu - Czyli jak pozbyć się długu drobnymi krokami
Dobry dług, Zły dług
Klucz do bogactwa
Zasada 72
Finansowy przegląd okresowy

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Płatki Śniegu - czyli jak pozbyć się długu małymi krokami



Kilka dni temu opisałem na blogu "Kule śniegową" Davida Ramseya , która jest bardzo popularną metodą spłacania długów. Dzisiaj chciałbym przedstawić, metodę zwaną "Płatkami Śniegu". Jest to sposób pokrewny do "Kuli Śniegowej", różniący się jedynie tym, że nasze najmniejsze kwotowo zadłużenie, nie tylko spłacamy w pierwszej kolejności, ale także staramy się je pomniejszać przez jak najczęstsze nawet kilkuzłotowe przelewy.


Używając metody "Kuli Śniegowej", w pierwszej kolejności spłacamy kredyt na lodówkę. Załóżmy, że minimalna miesięczna płatność wynosi 34zł. Jednak spłata tego kredytu jest dla nas w tym momencie priorytetowa, tak więc postanowiliśmy nadpłacać dodatkowe 26 zł. Na tyle tylko pozwala nasz budżet. W związku z tym na początku każdego miesiąca spłacamy 60zł, ale jak to w życiu bywa, czasami udaje nam się wygenerować dodatkową gotówkę. Mała premia od szefa za nadgodziny, 20zł od cioci z Ameryki, 7zł zaoszczędzone na wymianie oleju (znaleźliśmy tańszego mechanika), 10zł znalezione na spacerze z psem itd. itd. Wszystkie te drobne kwoty "płatki śniegu" przeznaczamy na spłatę lodówki. I w dalszej kolejności na kolejne kredyty, aż spłacimy je wszystkie. Ktoś może zapytać, jaki sens ma dorzucenie 10zł do kredytu hipotecznego. Faktycznie jednorazowa malutka nadpłata ma niewielkie znaczenie, tak jak jeden płatek śniegu nie sprawia, że możemy jechać na narty. Jednak z setek, tysięcy płatków możemy ulepić kulę śniegową! I to jest cała idea tej metody. Tu chodzi o coś więcej niż tylko przyśpieszenie procesu eliminacji zadłużenia. Chodzi tutaj o nasze mentalne nastawienie, o chęć wymazania długu za wszelką cenę, o przyzwyczajenie się, że małe kwoty nie mają iść na bezmyślną konsumpcję. Każda złotówka wpłacona na poczet zadłużenia, to złotówka plus zaoszczędzone odsetki, w naszej kieszeni. To kolejne małe, czasami malutkie zwycięstwo ze słabościami, pokusami i wszystkimi negatywnymi rzeczami, które niesie ze sobą dług.

Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie kredyty da się w ten sposób nadpłacać, czasami mamy do czynienia z ograniczeniami narzuconymi przez kredytodawców. Niekiedy po prostu nie opłaca się nadpłacać długu mikro-kwotami, czy to ze względu na koszt przelewu, czy narzucone minimalne poziomy spłat.
Rozwiązaniem jest założenie konta oszczędnościowego, czy choćby kupienie sobie skarbonki i tam odkładanie grosików, aż do momentu uzbierania trochę większej kwoty, którą możemy przeznaczyć na redukcję zadłużenia. W finansach osobistych możemy i musimy czasami być kreatywni.
Ja sam używam metody "płatków śniegu" oszczędzając. To dzięki m.in. tej metodzie udało mi się zgromadzić dość pokaźny fundusz bezpieczeństwa. Każdy miesiąc zaczynam od oszczędzania, zgodnie z zasadą - Najpierw płać sobie! Jednak później bardzo często udaje mi się jeszcze wygospodarować drobne kwoty, które przelewam na konto oszczędnościowe. Najmniejszy przelew jaki sobie przypominam opiewał na niecałe 5zł!
Polecam wszystkim:)

Przeczytaj także:
Dave Ramsey i jego "Kula Śniegowa"
Dobry Dług, Zły dług
Bądź finansowym realistą!
Nie możesz mieć wszystkiego naraz!
Ubezpieczenie na życie - tylko na jaką kwotę?
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?




środa, 19 sierpnia 2009

Dave Ramsey i jego "Kula Śniegowa"

Jak wiadomo Amerykanie uwielbiają kupować na kredyt. Jako chyba jedyna nacja na świecie, do niedawna jeszcze, mieli ujemną stopę oszczędności. Tylko w Ameryce takie cuda były możliwe. Były możliwe,bo gdy Ameryka konsumowała, reszta świata kupowała amerykańskie papiery dłużne, czym de facto finansowała amerykańskie rozpasanie. Jednak czasy niekontrolowanej konsumpcji, przynajmniej na jakiś czas, Amerykanie mają już za sobą. Dzieje się tak, bo obecny kryzys gospodarczy szczególnie mocno uderzył właśnie w zadłużoną po uszy Amerykę. Tysiące ludzi traci pracę i zakupione na kredyt, po absurdalnych cenach domy. Pierwszy raz od czasów Wielkiej Depresji w USA przyszedł czas poważnego zaciskania pasa i oszczędzania. Amerykanie na gwałt szukają sposobów na spłatę swojego zadłużenia, fora internetowe są pełne rozpaczliwych próśb o pomoc w spłacie długów.
Jednym z popularniejszych podawanych sposobów jest "Kula Śniegowa" (ang. Debt Snowball), wymyślona przez słynnego guru finansów osobistych Davida Ramseya.
Ramsey uznał, że
w finansach osobistych nie zawsze najistotniejszy jest rachunek ekonomiczny i prosta arytmetyka. Liczby, liczbami, a i tak najważniejsza jest psychologia ludzka. Według Ramseya, dla spłacających długi, bardzo ważne są drobne zwycięstwa. Ludzie lubią zadania podzielone na mniejsze, łatwiej osiągalne etapy. Dlatego radzi on poszeregować wszystkie swoje kredyty i pożyczki od najmniejszego do największego. Patrz tabelka poniżej:

Patrząc na wszystkie kredyty w tabelce, od razu przychodzi na myśl, żeby rozpocząć nadpłaty od kredytu gotówkowego, bo to on jest najwyżej oprocentowany. Po jego spłacie przejść do spłat karty kredytowej, kredytu na samochód, kredytu na lodówkę i w ostatniej kolejności zacząć spłacać kredyt hipoteczny.


Dave Ramsey radzi podejść do tematu inaczej:

1. Poszereguj kredyty pod względem kwoty zadłużenia, od najmniejszej do największej (tak jak w tabelce).
2. Po zapłaceniu za wszystkie swoje potrzeby życiowe, zapłać minimalne wymagane raty wszystkich kredytów.
3. Pieniądze, które Ci zostaną przeznacz na spłaty najmniejszego kwotowo kredytu (w naszym przypadku kredyt na lodówkę). W ten sposób stosunkowo szybko osiągniesz pierwsze psychologiczne zwycięstwo w wojnie z zadłużeniem.
4. Kiedy pierwsza pozycja na liście zostanie spłacona, przejdź do kolejnej.
5. Kontynuuj, aż wszystkie Twoje długi znikną.

To wszystko! "Kula Śniegowa" Ramseya ma masę zwolenników, ma też swoich przeciwników, którzy zwracają uwagę na jej "problemy z matematyką". Mi osobiście bardzo podoba się pomysł skreślania kolejnych długów z listy. Myślę, że ten rodzaj podejścia do spłaty zadłużenia ma bardzo duże walory motywacyjne. Dzięki temu, że koncentrujemy się na liczbie kredytów, a nie na kwocie, a każdy spłacony kredyt (nawet ten najmniejszy), jest kolejnym zaliczonym etapem w drodze do celu jakim jest życie bez długów, jest nam dużo łatwiej trzymać się obranego kursu i uniknąć wypalenia.

Przeczytaj także:
Płatki Śniegu - czyli jak pozbyć się długu małymi krokami
Dobry dług, zły dług
Najpierw płać sobie
Bądź finansowym realistą!
Na jaką kwotę możemy się zadłużyć?
Ile pieniędzy potrzebujemy na emeryturę?